wtorek, 9 sierpnia 2016

Dobre i tanie pędzle- czy to możliwe?

Hej! Dzisiaj przychodzę do Was z bardzo szybkim postem, na dość wrażliwy temat. A mianowicie chodzi o pędzle. Logiczne jest, że jeżeli chcemy aby służyły nam jak najdłużej to warto w nie zainwestować większe pieniądze i większość z nas tak robi. Ale co powiemy tym z nas, które po prostu nie mogą sobie na to pozwolić? Nie da się zaprzeczyć, że tego typu sprzęt drogeryjny jest w rzeczywistości bardzo słabej jakości. Ja jednak trafiłam ostatnio na prawdziwe perełki! Zaczęło się od tego, że ze znajomymi postanowiliśmy pojechać nad morze. Spontaniczna decyzja, pół dnia na spakowanie. W tym pośpiechu zapomniałam czego? Oczywiście pędzli. Dopiero w pociągu przypomniałam sobie, że grzecznie umyte suszą się w łazience. Nie jestem typem panikary więc po prostu weszłam do najbliższej drogerii i postanowiłam coś wybrać. Na całe szczęście nie potrzebowałam całej armii pędzli, tylko czegoś do rozświetlacza i makijażu oka. Wpadłam do galerii Jaśmin i kupiłam te oto pędzelki:





Pędzelek do różu/rozświetlacza to koszt ok. 15 zł, tyle samo kosztował zestaw pędzelków do oczu. W sumie wyszło więc ok. 30 zł. Przełożenie jakości do ceny? MEGA. Mimo, że jestem już w domu nadal ich używam, zwłaszcza tego ściętego puchacza do różu. Bardzo przypadł mi też do gustu skośny pędzelek do oczu- cieniutkiej kreski eyelinerem nim nie zrobimy ale jest świetny jeżeli chodzi o makijaż dolnej powieki, brwi czy poprawienia konturu ust (to właśnie do tego najczęściej go teraz używam). Pędzle podbiły moje serce również wyglądem. Polecam wypróbować je każdej kolekcjonerce pędzli i polecam kupić każdej dziewczynie, która startuje z makijażem i nie ma na to dużego budżetu. Ja się nie zawiodłam, mało tego planuję kupić więcej pędzli tej marki, jeżeli tylko je gdzieś znajdę.

A Wy? Macie jakieś sprawdzone pędzle z tych ekonomicznych? Dajcie znać w komentarzu, chętnie wypróbuję!

sobota, 6 sierpnia 2016

Porządny demakijaż krok po kroku

Cześć! Mimo, że nie raz już sobie obiecywałam, że koniecznie muszę dodawać posty częściej to jak na razie idzie mi to słabo. Mam jednak dobrą wymówkę- są wakacje, a co za tym idzie mnóstwo czasu spędzam poza domem, ostatnie dwa tygodnie spędziłam na zupełnie spontanicznym wyjeździe nad morze, wcześniej nie było mnie w kraju. Te wakacje są jak na razie najlepszymi w życiu i nie zamierzam tego zmieniać.

Przejdźmy jednak do tematu dzisiejszego postu. Jest nim demakijaż, czyli w mojej opinii najważniejszy punkt w makijażu. Przeczytałam kiedyś, że demakijaż powinien trwać przynajmniej 2 razy tyle ile sam makijaż i ciężko jest mi się z tym nie zgodzić. Nie będę tutaj tłumaczyła dlaczego jest to tak ważny punkt w codziennej pielęgnacji bo myślę, że doskonale to wiecie. Chciałabym jednak przedstawić wam pokrótce kosmetyki, których używam i jak ich używam, żeby efekty były jak najlepsze. Już na wstępie dodam, że poza jednym wszystkie są z firmy Ziaja, jednak nie jest to w żadnym razie post sponsorowany przez tą firmę. Po prostu mam do tej marki ogromne zaufanie i rzadko kiedy się nią zawodzę.



1. Pierwszym krokiem na mojej ,,demakijażowej" liście są usta. Do ich umycia używam chusteczek do demakijażu, które można kupić za niecałe 4 zł w Biedronce. Muszę przyznać, że przetestowałam trochę tego rodzaju produktów i te są zdecydowanie moimi ulubieńcami.
2. Następnie biorę się za oczy. Tą samą chusteczką zmywam cienie. Jest to bardzo powierzchowny demakijaż. Do ,,głównego" demakijażu oczu używam dwufazowego płynu do demakijażu oczu z Ziaji, którym pozbywam się tuszu i eyelinera oraz pozostałości cieni, z którymi nie dały sobie rady chusteczki. Wacikiem namoczonym w tym płynie przecieram także brwi. Na początku stosowania tego produktu nie byłam do niego za bardzo przekonana, jednak z czasem bardzo go polubiłam, prawdopodobnie kupię kolejne opakowanie i to już wkrótce bo co prawda cenę ma bardzo fajną ale wydajność mocno średnią.

3. Teraz przechodzę do demakijażu twarzy, który podobnie jak w przypadku oczu dzieli się na dwie części: wstępną i zasadniczą. Na początku lekko zwilżam twarz i nakładam na nią olejek myjący z Ziaji. Delikatnie rozmasowując na twarzy pozbywam się pierwszej warstwy makijażu ze wszystkimi zanieczyszczeniami, które dostały się na moją twarz w ciągu dnia. Ten olejek już od jakiegoś czasu jest moim absolutnym must have i nie wyobrażam sobie demakijażu bez niego. Jest mega delikatny, więc na pewno nikogo nie podrażni ( to w końcu olejek) i zostawia skórę pięknie oczyszczoną. Jedyne co bym w nim zmieniła to zapach, który w mojej opinii jest po prostu kartonowy :)

4. Mimo, że po użyciu tego olejku skóra na mojej twarzy wydaje się już bardzo czysta to ja jednak jestem pedantką. Kończę demakijaż twarzy za pomocą żelu do mycia z serii Nuno. Baaaaardzo lubię produkty z tej serii a żel polecam każdemu, mimo, że jest dedykowany skórze zanieczyszczonej i skłonnej do wyprysków. Ja mam skórę suchą i wypryski zdarzają się rzadko a i tak spisuje się u mnie doskonale. Żel ma przyjemy zapach i co lubię w nim najbardziej-delikatnie pieni się, kiedy masujemy nim skórę. 

5. Po takim konkretnym umyciu buzi tonizuję ją tonikiem różanym z Evree jednak akurat mi się skończył a nie chciałam wstawiać tu zdjęcia pustego opakowania  :) Nakładam także krem z serii Ulga, który jest co prawda dedykowany jako krem na dzień, jednak ja nie mam większych problemów z cerą i mogę sobie na takie coś pozwolić. Jeżeli Wasza cera jest bardziej wymagająca polecam raczej jakiś krem na noc. 

JEŻELI WIEM, ŻE BĘDĘ WYKONYWAĆ DALSZE PUNKTY NIE NAKŁADAM KREMU 


6. Teraz przejdziemy już tych czynności, których nie wykonuję codziennie, tylko ok. 2 razy w tygodniu. Myślę, że każda z Was wie, jak ważny dla skóry, nie tylko na twarzy zresztą, jest peeling. Ja do peelingu twarzy używam tego z serii płatki róży. Nie będę się tu o nim za bardzo rozpisywać po planuję osobny post dotyczący peelingu i jego technik. Powiem Wam tylko, że jestem z niego zadowolona i to już chyba 4 moje opakowanie, z tym, że wcześniej wyglądały one trochę inaczej.

7. Po peelingu skóra jest bardzo naruszona i dobrym pomysłem jest jej ukojenie. Najlepszym rozwiązaniem jest według mnie maseczka. Może ty być jakakolwiek maseczka, nawilżająca, łagodząca, nie ważne czy ze sklepu czy własnej roboty. Ja od jakiś dwóch tygodni stosuję maskę z zieloną glinką Ziaja Nuno i jak na razie nie mam do niej większych zastrzeżeń. 
8. Po spłukaniu maseczki, zazwyczaj ponownie tonizuję twarz. 



To tyle jeżeli chodzi o mój wieczorny rytuał. Mam nadzieję, że zaczerpniecie trochę inspiracji. Dajcie znać, jak sprawa demakijażu ma się u Was i jakie produkty do tego stosujecie. Myślę, że jest to ciekawy temat do dyskusji. Do następnego!

środa, 20 lipca 2016

Mój sposób na rozstępy- Bio Oil


Cześć dziewczyny! Dzisiaj podejmę temat, który dotyczy wielu z nas, sprawia, że niejedna kobieta ma kompleksy. Mowa tu o rozstępach. Jeszcze rok temu nie miałam z nimi żadnego problemu. Owszem, pojawiły się gdzieniegdzie, jednak były ledwo widoczne. Jednak po tym jak w styczniu tego roku zaczęłam ćwiczyć- głównie nogi i pośladki- zaobserwowałam u siebie masakryczny wręcz przyrost ilości rozstępów. Z czasem okazało się, że problem ten nie dotyczy już tylko okolic ud i pośladów. Z niewiadomych przyczyn rozstępy zaczęły mi pojawiać się również na biuście. Możliwe, że jest to po prostu kwestia dużej miseczki (70D), jednak sprawiło to, że czułam się po prostu niekomfortowo i postanowiłam z tym zawalczyć. 

Wiedziałam, że z rozstępami nie jest łatwo, dlatego nie chciałam się bawić w półśrodki. Sięgnęłam od razu po coś z dobrymi opiniami, sprawdzonego przez inne osoby i polecanego. Mimo, że cena Bio Oilu może odstraszać- za najmniejsze opakowanie musimy zapłacić ok 36 zł w Rossmannie- to od 4 miesięcy stosuję kurację z ttym produktem i jestem zachwycona. Jeszcze nigdy nie byłam tak przywiązana do jakiegoś kosmetyku. Przyznam Wam, że obecnie nie wyobrażam sobie bez niego życia.

W ulotce producent określa pełną kurację na 3 miesiące, pierwsze efekty możemy zauważyć już po pierwszym miesiącu. W moim przypadku ,,stare" rozstępy zdecydowanie się rozjaśniły, nie kontrastują już z kolorem mojej skóry tak jak kiedyś. Jeżeli chodzi o nowe, różowe rozstępy Bio Oil zapobiega ich powiększaniu się i przyspiesza gojenie tych blizn- bo należy pamiętać, że rozstępy to nic innego jak blizny. Jeżeli odpowiednio wcześnie zareagujemy na świeże rozstępy tym kosmetykiem, możemy być pewne, że Bio Oil nie zostawi po nich śladu. Ja pozbyłam się całkowicie rozstępów z piersi (w momencie rozpoczęcia kuracji były świeże, różowe), to samo tyczy się ud i pośladków. Co jest jednak najważniejsze kosmetyk ten zapobiega powstawaniu nowych rozstępów.

Co jest w nim jeszcze cudowne to jego aplikacja. Jest to olejek, który wmasowujemy w skórę, chcąc nie chcąc fundujemy sobie wtedy bardzo przyjemy masaż i zostawiamy naszą skórę rozgrzaną i pachnącą. Oprócz działania na rozstępy produkt ten również nawilża skórę oraz wyrównuje jej koloryt. Jednak ważne jest żeby być sumienną w jego stosowaniu. Ja funduję sobie tę przyjemność codziennie wieczorem, wrosła ona w mój codzienny wieczorny rytuał. 

A Wy macie jakieś sprawdzone sposoby na rozstępy? A może już używałyście Bio Oil? Koniecznie napiszcie mi w komentarzu!

sobota, 2 lipca 2016

Wibo 3 Steps To Perfect Face

Jakiś czas temu, kilka tygodni po wielkich Rossmannowych wyprzedażach udało mi się zakupić coś na cz polowałam już od dłuższego czasu. Rzadko kiedy zdarza się, żeby jakiś kosmetyk powodował u mnie tak silne palpitacje serca, naprawdę. Ale dorwałam go i mogę się z Wami podzielić moją opinią na jego temat. 

Jak widzicie po zdjęciu moja paletka jest już trochę wyświechtana, jednak mimo wszystko prezentuje się wspaniale. Ogólnie uważam, że ostatnimi czasy firma Wibo robi świetną robotę jeżeli chodzi o formę pakowania i prezentacji kosmetyków. 

Moim zdecydowanym faworytem w tym trio jest rozświetlacz o pięknym złotym odcieniu, idealnym wręcz na lato, kiedy moja twarz jest opalona. Dodaje skórze niesamowitej świeżości i blasku, sprawiając, że wygląda na wypoczętą i młodszą.
Róż w tym zestawieniu nie jest płaskim matowym różem- pięknie opalizuje, mieni się. Ponownie uważam, że jest idealny na lato, dodaje mega dziewczęcego uroku, ale ostrzegam, że dość łatwo z nim przesadzić.
Najsłabszym z rodzeństwa jest moim zdaniem bronzer. Możliwe, że moja opinia wiąże się z tym, że dość rzadko używam bronzerów. Jest to najsłabiej napigmentowana część paletki. Dość dziwne wydaje mi się to, że producent na opakowaniu określa ten bronzer jako puder na całą twarz. Moim zdaniem nie bardzo się do tego nadaje, jest po prostu za ciemny.

Paletka wyróżnia się spośród innych tego typu produktów nie tylko ceną i tym jak pięknie się prezentuje. Jest to również bardzo dobrze napigmentowana i kolorystycznie przemyślana paletka jaką posiadam. 


Kosztuje ok. 20 zł, dostępna w każdym Rossmanie. Uważam, że koniecznie musicie jej wypróbować. Ja się naszukałam i nie żałuję, kocham ją! 



wtorek, 28 czerwca 2016

Pomóż swojej opaleniźnie! Przyspieszacze z Ziaji :)

Cześć Wam! Mam nadzieję, że u Was pogoda jest tak piękna jak u mnie. Kocham lato, słońce a dnie spędzone na opalaniu to moja wizja idealnych wakacji. Na pewno wiele z Was ma ten sam problem co ja, a mianowicie jasną karnację, która opala się bardzo powoli. Mam na to sposób!


Przyspieszacze do opalania odkryłam całkiem niedawno. Było to jakieś 2 lata temu, kiedy akurat wyjeżdżałam na wakacje do Grecji i chciałam wrócić jak najbardziej opalona. Od tamtego czasu testowałam ich całkiem sporo, jednak dzisiaj chciałabym przedstawić Wam moich dwóch ulubieńców. 

Zacznę od aktywatora opalania z serii Ziaja Sopot Sun. Ma on konsystencję lekkiego kremu, można powiedzieć balsamu. Nie jest tłusty i dość szybko się wchłania. Jeżeli chodzi o opaleniznę- zdecydowanie przyspiesza proces opalania, opalamy się na nasz naturalny kolor opalenizny. Kosmetyk wydajny, cena ok. 10 zł. Idealny do opalania nad wodą, mniejszy efekt daje podczas opalania np. w ogródku czy na balkonie. Koleżanka mówiła mi także, że jest to jej faworyt jeżeli chodzi o opalanie na solarium, jednak nie mogę tego potwierdzić, bo z takiej formy opalania po prostu nie korzystam :)

Drugim produktem jest mój najulubieńszy z ulubionych, miłość, którą odkryłam dopiero w tym roku. Mowa ty o sprayu przyspieszającym opalanie z serii Ziaja Masło Kakaowe. Pierwsze co mnie w nim urzekło to jego forma (uwielbiam wszelkiego rodzaju spraye). Drugie to efekt jaki daje na skórze- jest to brąz, piękny czekoladkowy brąz! Mój naturalny kolor opalenizny to karmel, który bardzo lubię, jednak zawsze marzyłam o tym, żeby opalić się na brązowo- i oto jest! Produkt ten, jest tańszy od poprzednika (7-8zł) ale również mniej wydajny, ze względu na formę sprayu właśnie. Jednak w przeciwieństwie do Sopot Sun radzi sobie świetnie w każdych warunkach- na plaży, nad jeziorem, czy podczas zwykłego domowego opalania. 


Uwaga! Pamiętajcie, że ze słońcem nie ma żartów i z kosmetyków tego rodzaju trzeba korzystać z rozmysłem. Przyspieszaczem do opalania można posmarować się na ok. godzinkę, później jednak należy go zmyć i stosować zwykły krem z filtrem. Inaczej możemy się narazić na niepotrzebne poparzenia lub coś jeszcze gorszego. Oprócz tego nigdy nie używajcie tego typu kosmetyków na twarz. Pamiętajcie, że skóra twarzy jest dużo bardziej delikatna niż na reszcie ciała. To, że jakiś przyspieszacz nie daje żadnego efektu na waszych nogach czy rękach nie znaczy, że na twarzy też tego nie zrobi!


A Wy macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na szybsze opalanie? Dawajcie mi znać w komentarzach, może pojawi się coś wartego wypróbowania! Udanych wakacji dziewczyny :**

czwartek, 23 czerwca 2016

Matowe pomadki z Biedronki, czyli seria Bell Moroccan

Hej dziewczyny! Tak jak wspominałam Wam już na Instagramie wracam na bloga po dość długiej przerwie. Przyznam się Wam, że nie spodziewałam się, że sprawy związane ze szkołą zajmą mi tak wiele czasu. Na szczęście wreszcie mamy wakacje a ja przychodzę do Was ze świetną letnią propozycją!




Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam moją recenzję produktów, które ukazały się całkiem niedawno ale zdążyły już zrobić małą furorę w Internecie. Mowa tu oczywiście o matowych pomadkach z serii Bell Moroccan. 

Przyznam, że bardzo zdziwiłam się obecnością tego typu produktów w Biedronce. Dodatkowo skusiła mnie cena- jedna pomadka kosztuje niecałe 9zł, czyli są to jedne z najtańszych matowych pomadek w płynie na naszym polskim rynku. Pozytywne wrażenie zrobiło też na mnie opakowanie. Przyzwyczaiłam się do matowych pomadek w dość eleganckich pojemniczkach, a te są z kolei bardzo fikuśne. 

Do testów kupiłam sobie 3 kolorki: numer 2,3 i 4. Pierwsze dwa są to róże, teoretycznie podobne jednak na ustach dają zupełnie inny efekt. Ostatni kolor to dość intensywna czerwień, jednak nadal przełamana lekko różem- kolor bardzo ładny, moim zdaniem świetny na lato. 

Co mogę powiedzieć o tych pomadkach? Spisują się. Myślę, że nie zgrzeszę mówiąc, że są tańszymi odpowiednikami matowych pomadek w płynie z Golden Rose, chociaż sporo im do nich brakuje. Myślę, że największą ich wadą jest aplikator- w moim odczuciu mało precyzyjny. Pomadki są również dość tępe jeżeli chodzi o nakładanie, jednak pozytywnie zaskoczyły mnie swoją pigmentacją bo praktycznie nie ma potrzeby dokładania formuły- wystarcza mi tyle ile nabiorę na aplikator za pierwszym razem. Trwałość tych pomadek oceniam jako średnią. Myślę, że spokojnie wytrzymają 5h, oczywiście bez jedzenia tłustych potraw bo wtedy znikają momentalnie. Zjadają się równomiernie i nie zbierają w załamaniach. Do matu zastygają dość szybko, jest to idealny czas, kiedy możemy dokonać ewentualnych poprawek. Jednym słowem- kupujcie! Za tę cenę aż żal nie spróbować a bardzo możliwe jest, że trafią do Waszych letnich ulubieńców.

Na koniec dodam jeszcze, że dużym ich atutem jest zapach. Mi osobiście przypomina zapach błyszczyków, takich zwykłych kupowanych na straganach w czasie kolonii i obozów, kiedy można było poczuć się ,,dorosłą" i pomalować na dyskotekę. Możliwe, że tego nie pamiętacie, ale dla mnie jest to trochę zapach dzieciństwa. 

Poniżej przedstawię Wam zdjęcia kolorków, które zakupiłam. Nie będę ukrywać, że najbardziej do serca przypadł mi numerek 3. A Wam jak się podobają? Dajcie znać, jeżeli już je testowałyście! 


kolejno od lewej: nr 02, 03, 04 


poniedziałek, 2 maja 2016

Majowa wishlista, czyli na co poluję w tym miesiącu

Cześć dziewczyny! Zaczął się już jeden z moich ulubionych miesięcy, wreszcie zaczynam czuć wiosnę! Jak pewnie wiecie wiosna to idealny czas do zmian- może nowa fryzura, inny makijaż, jakaś dieta? Ja postanowiłam, że będzie to u mnie miesiąc intensywnego zrzucania zbędnych kilogramów- zdrowy tryb życia! Oprócz tego zamierzam wyćwiczyć sobie idealną pupę.

Ale przechodząc do sedna- przedstawiam Wam moją majową listę życzeń. Nie będzie za bardzo rozbudowana, żebym miała możliwość kupienia wszystkiego co jest na liście bez zbytniego wyszczuplania portfela. Zaczynamy!

Na zdobycie tych dwóch rzeczy liczę w tym miesiącu najbardziej. Może już wiecie, a może też nie, ale na paletkę z Wibo poluję odkąd wyszła- jeszcze ani razu nie widziałam jej w żadnym Rossmannie w moim mieście. Nie mam pojęcia czym jest to spowodowane. Oprócz tego pomadka matowa Nyx- ma przepiękny kolor jasnego różu, idealny na wiosnę. Miałam ją już, dokładnie taką samą, jednak przez moje wrodzone gapiostwo gdzieś ją zgubiłam ;)

Ta paletka Catrice podbiła moje serce jak tylko po raz pierwszy zobaczyłam ją na jakimś instagramie. Wiem, że pochodzi z edycji limitowanej, która prawdopodobnie nie była dostępna w Polsce, ale jedna instagramowiczka powiedziała mi, że jest na 100% pewna, że ją widziała w Hebe i że ją posiada- zatem będę polować! 

Dzięki promocjom w Rossmannie dużo dziewczyn kupiło i bardzo zachwala te mascary. Ja na promocję już nie zdążę, ale na szczęście nie są to kosmetyki bardzo drogie, więc na pewno dorwę je któregoś dnia, jak minie już szał w Rossmannach i półki z powrotem będą pełne :)



Ten kosmetyk jest swego rodzaju nowością. Nie słyszałam o nim dużo, ale jak już słyszałam były to same pozytywne opinie. Zamierzam spróbować ;)


Nie ma na polskim rynku firmy, której ufałabym bardziej niż Ziaji. Jeżeli będziecie śledzić mojego bloga pewnie jeszcze niejednokrotnie się o tym przekonacie. Na jakie produkty z Ziaji poluję w tym miesiącu? Pierwszym jest maska z serii Ziaja Nuno. Mam żel do mycia twarzy z tej serii i bardzo go sobie cenię. Oprócz tego uwielbiam saszetkowe maski Ziaji. Następnym produktem jest wielofunkcyjny olejek z serii Cupucacu- mój demakijaż opiera się na olejku z Ziaji z serii Ulga, więc wierzę, że ten również będzie idealny. Ostatnie dwa produkty z mojej listy pochodzą z serii Multimodeling. Jest to serum modelujące biust i balsam wysmuklający do ciała- nie zamierzam się oszukiwać, że dzięki smarowaniu się kosmetykami schudnę. Ale mam w planach zrzucenie kilku kilogramów, więc będę z pewnością potrzebowała czegoś, co pomoże mi utrzymać jędrność skóry. Nie jest też tajemnicą, że dużo tłuszczu spala się nam kobietom z biustu (niestety!) to zamierzam zadbać także o piersi.

A Wy? Macie jakieś specjalne życzenia na ten miesiąc? Dajcie znać, może o coś wzbogacicie moją listę :p