WIBO Shimmer Kit- paleta rozświetlaczy

WIBO Shimmer Kit- paleta rozświetlaczy


Zapewne nie raz miałyście tak, że po zobaczeniu jakiejś rzeczy w sklepie od razu wiedziałyście, że prędzej czy później musicie ją mieć. Mi nie zdarza się to często, raczej od czasu do czasu. Ostatnio poczułam to kiedy zobaczyłam na półce w Rossmannie nowość od Wibo, czyli pewnie znany już większości z Was Shimmers Kit, do tzw. strobingu. (Dla tych z Was, które nie wiedzą- strobing, jest to technika konturowania twarzy za pomocą rozświetlaczy, co ma nadać jej młody, wypoczęty i zadbany look)


Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy jest niesamowity design opakowania, zarówno na zewnątrz jak i w środku. Produkt zapakowany jest w bardzo dobre jakościowo opakowanie, które z góry pokryte jest lustrzaną powierzchnią. Moim zdaniem jest to niesamowicie eleganckie, można wręcz powiedzieć, że wygląda luksusowo. Nie boję się powiedzieć, że Wibo robi coraz lepszą robotę zarówno jeśli chodzi o ich kosmetyki, jak i ich prezentację.


Produkt prezentuje się pięknie także w środku. Mamy tu 4 kolory rozświetlaczy (swatche niżej), fajnym dodatkiem jest też pędzelek, zapakowany w osobną folię. Jest malutki, ale wypróbowałam go i radzi sobie z nakładaniem produktu całkiem nieźle, chociaż ja do rozświetlacza mam już swój ulubiony duży pędzel.


Przechodząc do samego produktu, rozświetlacze są bardzo dobrze napigmentowane. Byłam szczerze zaskoczona, ponieważ zupełnie się nie spodziewałam aż tak mocnego efektu. Tworzą piękną taflę, drobinki widać tylko, kiedy naprawdę dokładnie się przyjrzymy. Dwa jaśniejsze kolory są bardzo codzienne i dla każdego- zarówno dla wielbicielek chłodnego jak i ciepłego efektu. Następnie mamy bardzo złoty kolor, lepszy na lato do opalonej karnacji. Ostatni jest zdecydowanie za ciemny jak dla naszej charakterystycznej słowiańskiej urody, ale równie dobrze może posłużyć jako cień. Dodatkowym atutem takiego przekroju barw jest fakt, że możemy je ze sobą łączyć. Nie mogę też narzekać na ich trwałość. Przebijają pod tym względem słynny rozświetlacz Lovely (o którym pisałam jakiś czas temu, link w boxie pod postem), czy równie popularny od MySecret.

Ciekawą sprawą jest też konsystencja produktu. Nie są one ani typowo suche, pudrowe, ale też nie są kremowe. Wydaje mi się, że jest to coś pomiędzy, bardzo miłe i satynowe w dotyku. Dodatkowo kosmetyk ten nie był testowany na zwierzętach i został wyprodukowany w Polsce, co dla mnie jest szczególnie istotne ponieważ bardzo staram się wspierać polskie marki, nie tylko kosmetyczne ale wszystkie w ogóle.

Podsumowując, muszę powiedzieć, że jest to must have dla wszystkich fanek rozświetlaczy i nie tylko. Jeżeli jesteś w tym temacie osobą początkującą i dopiero szukasz idealnego odcienia dla siebie to warto zakupić ten produkt ze względu na duży przekrój barw jaki oferuje. Oprócz tego jest to kosmetyk łatwo dostępny i stosunkowo nie drogi (bardzo dobre przełożenie ceny do jakości). Gorąco polecam! Dajcie znać, czy miałyście już z nim do czynienia i co o nim myślicie. Buziaki!


LISTA PRZYDATNYCH LINKÓW:
Wibo Shimmers Kit - Rossmann
rozświetlacz Lovely - moja opinia

MUA Luxe - Velvet lip lacquer

MUA Luxe - Velvet lip lacquer


Od zawsze jestem wielbicielką czerwonych pomadek. Jednak mimo, że posiadam ich całkiem pokaźną kolekcję nadal nie trafiłam na tak zwaną czerwień idealną. Jednak cały czas mam nadzieję, że znajdę ten perfekcyjny odcień. Dlatego, kiedy natrafiłam na nowości od MUA wiedziałam, że muszę je wypróbować i że to koniecznie musi być czerwona pomadka. Poszukałam inspiracji w internecie i ostatecznie zdecydowałam się na odcień Reckless. Co do samego odcienia- jest to chłodna, elegancka czerwień, z gatunku tych, które pasują większości kobiet. Marka posiada z tej serii dość dużo odcieni, więc myślę, że jeżeli zdecydujecie się tę szminkę wypróbować to znajdziecie coś dla siebie. 




Pierwsze co rzuciło mi się w oczy po tym jak otworzyłam paczkę, w której była ta pomadka było jej opakowanie. Jest moim zdaniem całkiem eleganckie, podoba mi się efekt mlecznego szkła połączonego z delikatną złotą zakrętką. Jednak opakowanie jest, jak wiadomo kwestią gustu, najważniejsza jest jego zawartość. 

Przeżyłam dość duży szok, kiedy pierwszy raz nakładałam ją na usta. Mimo słowa ,,lacquer" w nazwie nie spodziewałam się tak dziwnej jak na tego typu produkty konsystencji. Rzeczywiście bardzo przypomina mi ona lakier do paznokci. Ze względu na to dość ciężko się ją nakłada, nie obejdzie się bez konturówki. Na szczęście pomadka posiada wygodny aplikator- ani za duży, ani za mały dla mnie jest w sam raz. Co do zapachu- wątpię żeby mógł komukolwiek przeszkadzać, chociaż nie jest to typowo waniliowy zapach jak w przypadku pomadek Golden Rose. 






Formuła produktu sprawia, że zastyga on dość wolno i nie jest to całkowity, tępy mat, co ja osobiście lubię, ale wiem, że jest dużo dziewczyn, które od matowych pomadek wymagają stuprocentowego, suchego matowego wykończenia- Wam może się ten kosmetyk nie spodobać. 

Rzeczą, która mnie osobiście urzekła w tym produkcie jest jego trwałość. Kiedy już zastygnie nie ma opcji, żeby ruszyła się z miejsca, co w przypadku czerwonych odcieni jest rzadko spotykane. Miałam ją na sobie na weselu i pomyślnie przeszła wszystkie testy, począwszy od testu jedzenia do testu pocałunków ;)

Kolejnym jej plusem jest to, że możemy ją bez problemu dokładać i nie stworzy nam się przez to skorupka na ustach- jest to dla mnie szczególnie ważne bo rzadko kiedy mam czas żeby pomadkę całkowicie zmyć i pomalować nią usta od nowa. Jej dodatkowym atutem jest również cena- 14,99 jednak kupić ją można wyłącznie online, ponieważ nie spotkałam się jeszcze z marką MUA stacjonarnie. Jeżeli wiecie, gdzie mogę ją znaleźć dajcie znać w komentarzach. 

Wspominałam Wam na początku, że aplikacja tego produktu nie obejdzie się bez konturówki. Powyżej przygotowałam zestawienie pomadki z najbardziej pasującymi do niej konturówkami z mojej kolekcji, które są tanie i dobrze dostępne. 


Podsumowując, nie mogę powiedzieć, że jest to zły kosmetyk, jednak z pewnością nie jest to też must have, chyba, że jesteście pomadkomaniaczkami  i lubicie próbować nowe formuły i marki. Ja raczej nie kupię więcej kolorów, bo za tę cenę, mimo, że nie jest wysoka wolę kupić coś, co po prostu bardziej przypadło mi do gustu. Dajcie znać, czy miałyście do czynienia z tymi produktami MUA i jak Wam się sprawdziły. Buziaki! 


LISTA PRZYDATNYCH LINKÓW:




Klasyk w akcji- rozświetlacz Lovely Silver

Klasyk w akcji- rozświetlacz Lovely Silver

      
Nowy rok zaczął się co prawda ponad miesiąc temu, jednak ze względu na szkołę dopiero teraz mam możliwość przyłożyć się do niektórych moich noworocznych postanowień. Jednym z nich jest to, że w tym roku na maksa przykładam się do bloga- lepsze zdjęcia, rzetelne posty itp. Całkiem niedawno wpadł mi do głowy pomysł na dość ciekawą moim zdaniem serię na blogu. Nazywać się ona będzie Klasyki w Akcji i już dzisiaj zapraszam Was na pierwszy taki wpis, Seria będzie skupiać się wokół kosmetyków czy narzędzi kosmetycznych, które zyskały dużą popularność- zamierzam je testować i dzielić się z Wami moimi wrażeniami. 



Nie od dziś wiemy, że firma Wibo (bo Lovely jest po prostu odnogą tej firmy) ma świetne produkty, jeżeli chodzi o rozświetlacze. Zarówno Silver jak i Gold z tej serii cieszą się dużym zainteresowaniem i są lubiane przez większość z Was. Dziwnym trafem nie miałam do tej pory okazji wypróbować żadnego z nich. Jednak ostatnio natknęłam się na nie na półce w Rossmannie i ze względu na to, że posiadam masę rozświetlaczy w odcieniach złota i szampana skusiłam się na ten srebrny. 

Już na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jest to rozświetlacz dla każdej z Was- jeżeli Wasza uroda jest typowo ciepła po użyciu tego produktu będziecie wyglądać raczej nieciekawie, będzie się brzydko odznaczał na Waszej twarzy. Wam polecam raczej wersję Gold. Jednak będzie on świetny dla ,,chłodnych" dziewczyn i tych, które tak jak ja mają szczęście cieszyć się neutralnym typem urody. 

Ciężko określić czy jest to rozświetlacz, który daje efekt tafli, czy raczej ten z drobinkami. Wydaje mi się, że jest to idealne połączenie dwóch tych typów- dostajemy efekt tafli, jednak widoczne są naprawdę bardzo małe drobinki, które podkręcają efekt rozświetlenia. Poza tym jest to produkt niesamowicie wydajny- używam go już blisko miesiąc, a jak widzicie po zdjęciach, tłoczenia na jego wierzchu są praktycznie nienaruszone. W stosunku do ceny (obecnie 9,29 w Rossmannie ja natomiast zamówiłam go ze strony kosmetykizameryki za 5,99) Lovely Silver stanowi idealny kosmetyk na każdą kieszeń.

Kolejną, może mniej dla Was ważną, jednak dla mnie dość istotną kwestią jest pochodzenie produktu- jest on tworzony przez polską markę, kupując go wspieramy polski rynek, na co ja staram się zazwyczaj zwracać uwagę. 



Jednak nawet recenzja najlepszego kosmetyku nie może się obejść bez wskazania wad produktu, tylko wtedy będzie prawdziwie rzetelna. W moim odczuciu największą wadą tego rozświetlacza jest jego opakowanie i nie chodzi tu o jego wygląd bo prezentuje się naprawdę elegancko. Ale jednak trzymając je w dłoni czujemy, że jest to dość tani plastik, jasny, przez co podatny na zabrudzenia i przebarwienia o jakie nietrudno, jeżeli trzymamy go z innymi kosmetykami. W moim przypadku już po pierwszym upadku wkładka z rozświetlaczem odkleiła się od plastikowego pudełeczka i musiałam ratować go klejem.

 Produkt ten ma też zaletę, która przekłada się na wadę a jest to mianowicie jego dostępność. Kupimy go w każdym Rossmannie, jednak ze względu na hype jaki jest na niego nakręcony i niską cenę te rozświetlacze są najczęściej całkowicie wykupione a zdobycie ich na promocji, kiedy kosztują grosze jest praktycznie niemożliwe w sklepie stacjonarnym.


Podsumowując, mimo jego wad, zdecydowanie polecam Wam ten produkt bo moim zdaniem jest to Must Have każdej dziewczyny, która lubi tego typu produkty. Zalety zdecydowanie przewyższają drobne niedociągnięcia. Dajcie mi znać czy miałyście już styczność z tym produktem i podrzucajcie pomysły, jaki słynny kosmetyk lub narzędzie kosmetyczne mogę przetestować do następnego posta. Buziaki! 


LISTA PRZYDATNYCH LINKÓW: 

Pojedynek eyelinerów- jaką formę wybrać? +favs

Pojedynek eyelinerów- jaką formę wybrać? +favs

Hej wszystkim! Ostatnimi czasami mam coraz mniej czasu na bloga- szkoła, codzienne problemy, pochłaniają całą moją energię. Jednak postanowiłam wreszcie się wziąć w garść i wyprostować kilka spraw. Jedną z nich jest powrót do regularnego dodawania postów na blogu. 

Dzisiaj zajmę się tematem eyelinerów. Jeszcze nie tak dawno większość dziewczyn nie wyobrażało sobie wyjścia z domu bez kreski na oku. Teraz te trendy trochę się zmieniają, jednak kreska nadal jest bardzo modnym i pożądanym elementem makijażu. Pamiętam, że kiedy sama zaczynałam swoje przygody z eyelinerami nie miałam pojęcia jaką jego formę wybrać, czy są między nimi większe różnice i jaki jest najlepszy dla początkujących. Dlatego właśnie postanowiłam stworzyć ten wpis- przedstawię Wam wady i zalety form eyelinerów dostępnych na rynku. Dodatkowo, jako że wypróbowałam już dość dużo różnych serii i firm pokażę Wam moich ulubieńców z każdej kategorii :) 

Na początku należy wspomnieć, że rozróżniamy 3 główne typy eyelinerów: w żelu, z pędzelkiem i w pisaku. Ich główne zadanie jest takie samo- rysowanie kresek na oku, jednak różnią się one strukturą, intensywnością i przede wszystkim trwałością. 


EYELINER Z PĘDZELKIEM - LOVELY GLOSSY EYELINER 


Do tego produktu mam ogromny sentyment. Jest to pierwszy eyeliner jaki miałam w życiu, to nim uczyłam się rysować kreski. Po latach mogę stwierdzić, że taka forma eyelinera nie jest za dobrą opcją jeżeli jesteście w tym temacie początkujące. Tego rodzaju produkty charakteryzują się tym, że są dość płynne, długo zasychają, przez co bardzo łatwo jest je niewprawną ręką przypadkowo rozmazać. Plusem jest to, że pędzelki w tego typu eyelinerach są zazwyczaj dość precyzyjne. Więc jeżeli lubicie cienką kreskę na oku, zdecydowanie polecam Wam tę formę. 


EYELINER W ŻELU - RIMMEL SCANDLAEYES



Najpiękniejsza czerń z mojej kolekcji. Oprócz tego uwielbiam jego opakowanie, solidne, ładne, kojarzy mi się z naprawdę luksusowym produktem. Do zestawu dołączony jest pędzelek. Moim zdaniem ta forma jest skierowana do osób lepiej radzących sobie z rysowaniem kreski i lubiących mocniejszy efekt. Tego typu eyelinery charakteryzują się dość zbitą formą, ciężej jest je nałożyć i szybko zastygają. Oprócz tego, jeżeli nie mamy naprawdę super cienkiego pędzelka do kresek bardzo trudno jest zrobić delikatną kreskę na oku. 

EYELINER W PISAKU - EVELINE MAKEUP PRO


Moim zdaniem, jeżeli chcesz się nauczyć rysować ładne kreski to eyeliner w pisaku jest dla Ciebie strzałem w dziesiątkę. Ciężko zrobić nim krzywdę, rozmazać go, czy przesadzić z grubością kreski. Jest wygodny w użyciu. Do minusów tej formy należy zaliczyć fakt, że często ich czerń nie jest tak intensywna jak byśmy tego chciały. Dlatego właśnie polecam Wam wyżej wymieniony eyeliner-ma on kolor czarny, nie szarawy jak większość tego typu drogeryjnych produktów. 


To by było na tyle, jeżeli chodzi o moje odczucia związane z różnymi rodzajami eyelinerów. Jeżeli uważacie, że coś pominęłam, lub chcecie dodać coś od siebie- zapraszam do wyrażenia opinii w komentarzu :) Buziaki, pa!



Czyste Piękno-plastry na nos, czoło i brodę

Czyste Piękno-plastry na nos, czoło i brodę


Hej dziewczyny! Miałyście kiedyś problem z wągrami lub zaskórnikami? Zawsze słyszałam od koleżanek jak denerwujące są ,,te małe czarne kropeczki", ale byłam tą szczęściarą, która nie miała z nimi do czynienia. Jednak ostatnio zaczęłam je zauważać - nie są szczególnie widoczne, malutkie, głównie na nosie ale też na brodzie. Przyznam, że lekko mnie to zmartwiło bo nie do końca rozumiem dlaczego nagle się pojawiły. Nie mam skóry tłustej, nie zmieniłam ostatnio ani pielęgnacji alni sposobu żywienia- jeżeli macie pomysły jakie mogą być tego powody bardzo proszę, dajcie znać.

Przechodząc do sedna- od razu zaczęłam walkę z nimi bo rzeczywiście, ,,małe czarne kropeczki", mimo, że prawdopodobnie są niewidoczne dla innych bardzo mi przeszkadzają i są w moim odczuciu nieestetyczne. Wybrałam się na zakupy do kilku drogerii, żeby wypróbować kilka rodzajów plastrów i przypadkiem trafiłam też na takie w Biedronce- szczerze mówiąc nie miałam pojęcia, że są tam tego rodzaju rzeczy. Nie wyobrażacie sobie, jakie było moje zaskoczenie, kiedy właśnie te z Biedronki okazały się najlepsze!

Biedronka mnie zaskakuje, wiem, że Was też, więc przejdźmy teraz jak najszybciej do mojej opinii na temat tych plasterków. Niesamowite jest to z jaką siłą wyciągają zanieczyszczenia i jak miękką skórę pozostawiają. Po pierwszym użyciu plastra do nosa, pozostało na nim  mnóstwo ,,paskudztwa"- nie byłam nawet świadoma tego, jak bardzo zanieczyszczona jest moja skóra w tym obszarze. Działanie takie plastry zawdzięczają węglowi- ich spód jest czarny, rozpuszcza się pod wpływem wody i uwalnia swoje oczyszczające właściwości. Kolejną niespodzianką jest to, jak widoczna jest zmiana w wyglądzie skóry na nosie- w moim przypadku stała się ona zdecydowanie zdrowiej wyglądająca, jędrniejsza i niesamowicie nawilżona- nie mogłam przestać głaskać się po nosie, był tak mięciutki! Dużą zaletą tego produktu jest jego wielkość- nie są to mikroskopijne plasterki, z którymi też się niestety spotkałam, tylko dość duże plastry, które wyczyszczą nie tylko obszar czubka nosa, ale też obszar wokół niego-a wiadomo przecież, że zanieczyszczenia nie koncentrują się tylko w jednym miejscu. Co do plastrów na brodę i czoło- na brodzie mój problem był znikomy, na czole nie było go wcale. Po dwukrotnej aplikacji plastrów na brodę mogę powiedzieć, że pozbyłam się problemu.

Podsumowując: polecam je każdej z Was, która ma mały budżet a denerwują ją zaskórniki, które potrafią być naprawdę zmorą- sama się o tym przekonałam. Jedno opakowanie plastrów zawiera dwie sztuki i kosztuje 5 zł. Ich minusem może być dostępność- są szybko wykupowane, co świadczy o tym, że nie tylko ja się nimi zachwyciłam. Aktualnie pozostał mi tylko jeden plasterek, więc jeżeli tylko na nie trafię zrobię duży zapas :)

Prawie bym zapomniała! Nadal staram się pozbyć zawartości szafy, więc zapraszam Was na mój vinted: klik Może którejś z Was coś wpadnie w oko :)
Pielęgnacyjne hity z Biedronki + wyprzedaję szafę na Vinted!

Pielęgnacyjne hity z Biedronki + wyprzedaję szafę na Vinted!

Cześć! W zeszłym tygodniu pisałam Wam o moich ulubionych płynach micelarnych z Biedronki klik . Wiele z Was było bardzo zaskoczone tym, że w tej sieciówce możemy znaleźć tak dobry produkt, dlatego dzisiaj chciałam Wam przedstawić dwa kolejne kosmetyki biedronkowej marki BeBeauty, które stosuję jakiś czas i uwielbiam.

Jednak na wstępie mam dla Was krótkie ogłoszenie- jakiś czas temu zdecydowałam, że mam zdecydowanie za dużo ubrań. Niestety mam tak, że często kupuję pod wpływem impulsu, później nawet nie zakładam kupionych rzeczy. Dlatego postanowiłam je sprzedać i długo szukałam miejsca, gdzie najwygodniej byłby mi to zrobić. Trafiłam na portal Vinted, wiele z Was pewnie go zna. Mój profil . Bardzo Was proszę, wejdźcie, poklikajcie, może któraś z Was coś kupi. Na hasło slavicpower blog oferuję 15% zniżki :) Jeżeli któraś z Was ma konto na tym portalu to dawajcie znać i piszcie też, gdzie indziej mogę szybko sprzedać niepotrzebne rzeczy.



Wracając do tematu posta. Dzisiaj mam Wam do przedstawienia regenerujący krem do rąk oraz odżywczy balsam do ciała BeBeauty. Obydwa kosztują grosze i są mega łatwo dostępne.
Zacznijmy od kremu. Zadbane dłonie są dla mnie szczególnie ważne, źle się czuję kiedy są suche i popękane a niestety mam do tego skłonności. O skórę dłoni warto zadbać, szczególnie teraz, jesienną porą kiedy pogoda delikatnie mówiąc nie sprzyja :)

Ze względu na moja skłonność do przesuszania dłoni bardzo często są one w fatalnym stanie. Wtedy potrzebuję czegoś co natychmiast poprawi ich kondycję. Bardzo długo używałam kremu do rąk Evree, jednak kiedy trafiłam na ten BeBeauty wiedziałam, że spotkałam nową miłość. Po pierwszym użyciu, kiedy nasmarowałam ręce na noc, obudziłam się rano z nie swoimi dłońmi. Skóra była miękka, gładka i nawilżona, zniknęły zaczerwienienia, które często mam od zimna. Im dłużej go stosowałam tym byłam bardziej zachwycona i wracam do niego cały czas (to chyba moje 4 opakowanie). Posiada lekki, nienachalny zapach, który mi nie przeszkadza, co jest bardzo ważne bo jestem bardzo wrażliwa na zapachy. Z tego powodu nienawidzę kremów do rąk z Ziaji, które moim zdaniem mają straszny zapach. Jedyną wadą tego produktu BeBeauty jest jego wdajność- średnia w kieruku słabej.


Drugim hitem jest balsam do ciała z serii Oil Care. Jak sama nazwa wskazuje, zawiera olejki, które mają pomóc w regeneracji i utrzymaniu dobrej kondycji naszej skóry. Nie będę się o nim zbyt długo rozpisywać bo nie ma co tu dużo mówić- jest po prostu świetny. Działa od pierwszego życia, szybko się wchłania, nie zostawia na skórze ,,filmu", czego w niektórych balsamach bardzo nie lubię. Jest tani, wydajny i robi swoje- nic tylko brać! 


Podsumowując-bardzo polecam Wam te dwa produkty, nawet jeżeli nie przypadną Wam do gustu to nie stracicie wiele a możecie odkryć nowego ulubieńca :) Teraz, kiedy na dworze jest zimniej ciężej utrzymać skórę w dobrym stanie a te produkty z pewnością Wam w tym pomogą. Dawajcie znać, czy macie swoich ,,biedronkowych" ulubieńców, których warto wypróbować :)


Pielęgnacja włosów- czego nie powinnyśmy robić i na co zwrócić uwagę?

Jestem pewna, że przynajmniej połowa dziewczyn, które przeczytają ten wpis to włosomaniaczki, podobnie jak ja. Przyznam się bez bicia, że od od 1,5 roku moje włosy nie są w najlepszej kondycji. Nieodpowiednia pielęgnacja, nadużywanie prostownicy, wszystko to sprawiło, że bardzo dużo włosów mi wypadło, a te które zostały zrobiły się cienkie i słabe. Od dziecka byłam posiadaczką gęstych i grubych włosów, których kiedyś nienawidziłam bo nie potrafiłam sobie z nimi poradzić i wyglądałam jak Hermiona z pierwszych 3 części filmów o Harrym Potterze. Teraz jednak wiele bym dała, żeby powróciły do takiego stanu i myślę, że w końcu jestem na dobrej drodze, żeby do tego doprowadzić.

Przedstawię teraz kilka kroków, które podjęłam i których się trzymam, a przede wszystkim które dają widoczne efekty.

1. Całkowicie zmieniłam sposób w jaki myję włosy. Dawniej nie przykładałam do tego uwagi- moczyłam włosy, nakładałam szampon, płukałam i po sprawie. Teraz wiem, że woda, którą namaczamy i spłukujemy włosy nie może być ani za gorąca ani za zimna, ponieważ powoduje to otwarcie łuski włosa, a w efekcie jego osłabienie. Włosy myję w letniej wodzie i podczas rozprowadzania szamponu staram się nie masować głowy zbyt długo. Będzie to powodowało szybsze przetłuszczanie się włosów.

2. Odstawiłam na bok zabiegi takie jak prostowanie, kręcenie czy nawet suszenie. Robię to tylko od wielkiego święta i zawsze pamiętam, żeby zastosować jakiś preparat zabezpieczający przed wysokimi temperaturami. Jeżeli chodzi o suszenie nie robię tego już wcale- zawsze zostawiam włosy, żeby wyschły sobie swobodnie w swoim tempie. Jeżeli jednak musisz suszyć włosy bo bez tego nie jesteś w stanie ich okiełznać pamiętaj, żeby suszyć je od czubka głowy do końcówek i używać chłodnego strumienia powietrza.

3. Postawiłam masymalnie na pielęgnację i regenerację. Testuję bardzo dużo odżywek i masek (o moich faworytach były już posty na blogu klik & klik ). W przypadku nakładania masek i odżywek bardzo ważne jest, żeby nie nakładać ich od czubka głowy, tylko mniej więcej na wysokości uszu, aby nie podrażniać i nie wysuszać skóry głowy, bo powoduje to nadmierne przetłuszczanie i wypadanie włosów. Jeżeli chodzi o maski to w przypadku tych do włosów jestem zwolenniczką lekkiego przetrzymywania ich na włosach. Zawsze trzymam maskę ok 5 min dłużej niż zaleca producent. Dodatkowo fajnym trikiem jest nałożenie maski tuż przed wzięciem prysznica- włosy myjemy, nakładamy maskę, owijamy ręcznikiem i z tak owinięta głową bierzemy prysznic. Pod wpływem parowania ciepłej wody łuski naszych włosów otworzą się, przez co substancje zawarte w masce będą miały do nich łatwiejszy dostęp.

4. Regularnie podcinam końcówki włosów. Zawsze wizyta u fryzjera była dla mnie traumą bo wiązało się to z obcięciem dużej ilości włosów, których musiałam się pozbyć ze względu na fatalny stan końcówek. Teraz podcinam je średnio co 4-5 tygodni o ok 2-3 cm. Jest to praktycznie niezauważalna różnica, a sprawia, że mam stale zdrowe końcówki, a dodatkowo wpływa korzystnie na włosy i przyspiesza ich wzrost.

5. Do spania związuję włosy w dwa luźne warkoczyki. Sprawia to, że kiedy śpię nie ocierają się o siebie, a co za tym idzie nie niszczą się i nie elektryzują. Ważne jest też, żeby starać się nie spać w mokrych włosach.

Uff... To już mój drugi post w formie artykuły na blogu i przyznam się, że włożyłam w jego napisanie sporo pracy, mam nadzieję, że jest to zauważalne :) Dawajcie znać, czy również stosujecie, któryś z tych kroków i podzielcie się swoimi pielęgnacyjnymi trikami na temat włosów. Buziaki! :*

Płyn micelarny z Biedronki-hit czy kit?

Płyn micelarny z Biedronki-hit czy kit?

O płynach micelarnych BeBeauty słyszałam już jakiś czas temu. Na zakup mojego pierwszego opakowania skusiłam się na początku września, kiedy skończył mi się mój ulubiony płyn do demakijażu z Ziaji (możecie o nim przeczytać tutaj klik ). Miałam wtedy ochotę na wypróbowanie czegoś nowego, więc skusiłam się właśnie na BeBeauty.


Może wydać się Wam to dziwne, ale w tym produkcie bardzo podoba mi się opakowanie. Jest proste ale ,,z klasą", nie wygląda tanio i tandetnie jak wiele kosmetyków z tej półki. Jest wykonane z naprawdę porządnego plastiku i ma bardzo wygodną zakrętkę tzw. ,,dziubek".  Dostępny jest w trzech wersjach: niebieskiej i różowej, pokazanej na zdjęciu i zielonej, której nie mam ponieważ przeznaczona jest do skóry tłustej.

Na początku zakupiłam wersję niebieską i przyznam się, że byłam do niego nastawiona sceptycznie, co raczej rzadko mi się zdarza, ale zaskoczył mnie bardzo pozytywne. Na tyle pozytywnie, że zdecydowałam się zakupić kolejne opakowanie, tym razem różowe.

Czy te wersje różnią się między sobą? Nie widzę różnicy w skuteczności zmywania makijażu. Od razu zaznaczę, że tego typu produktów używam wyłącznie do demakijażu oczu. Obydwa radzą sobie z tym świetnie, szybko rozpuszczają makijaż i dokładnie go zmywają, również w przypadku kosmetyków wodoodpornych. Ważne jest dla mnie, że nie rozmazują go po twarzy, co często zdarzało mi przy innych tego typu produktach, a czego nie znoszę. Wersja niebieska pozostawia skórę nawilżoną a różowa przyjemnie schłodzoną. Najdziwniejsze wydaje mi się to, że o ile niebieska nie posiada praktycznie zapachu, jest on naprawdę ledwo wyczuwalny to różowa ma dość mocny, ale bardzo przyjemy zapach. Tak samo jeżeli chodzi o ich smak (zdarzało mi się zmywać nimi matowe pomadki w płynie-również super sobie radzą).  



Podsumowując zdecydowanie je Wam polecam. Kosztują grosze bo niecałe 5 zł i są dostępne w każdej Biedronce. Poleciłam je już kilku koleżankom i każdej dobrze się sprawdziły. Dajcie znać czy ich próbowałyście i jak się spisały. Buziaki!
Lovely K*Lips

Lovely K*Lips

Hej! Dzisiaj mam dla Was recenzję produktu, który wywołuje kontrowersje od początku swojego istnienia. Wiele dziewczyn zarzuca firmie Lovely ,,chamską stylizację" swojego nowego produktu, na sławne już kity od Kylie Jenner. Nie da się ukryć-pomadki te są zdecydowanie inspirowane tymi od Kylie ale czy jest w tym coś złego? Na wstępie chcę zaznaczyć, że uważam, że jest granica pomiędzy inspiracją a stylizacją- i firma Lovely nie przekroczyła tej granicy. Stworzyła coś podobnego ale w zupełnie swoim stylu-mówię tu o oprawie graficznej pomadek K*Lips. Dodatkowo sądzę, że Kylie, tworząc swój produkt doskonale zdawała sobie sprawę, że stanie się inspiracją dla wielu marek, bo nie oszukujmy się, pomysł stworzenia zestawów kontórówka&płynna pomadka jest genialny. Przejdźmy jednak do mojej recenzji.



Odkąd tylko zobaczyłam ten produkt, w zapowiedziach na stronie Rossmanna wiedziałam, że muszę go wypróbować. Na to aż będzie dostępny stacjonarnie w mojej galerii czekałam dość długo bo około miesiąca. Jakże się ucieszyłam, kiedy w ten poniedziałek znalazłam je na półce! Trochę mi się poszczęściło bo były to już ostatnie sztuki, a dwa kolory były kompletnie wykupione. Pomadki są dostępne w 5 kolorach, ja wybrałam tylko 1, do testów, ale chyba na tym się nie skończy.



Zacznijmy od wyglądu zewnętrznego, czyli opakowania. Z pewnością rzuca się w oczy. O ile nie mam zastrzeżeń do przedniej części opakowania, to bardzo przeszkadza mi motyw narysowanej z boku kobiety. Moim zdaniem psuje to klimat pudełeczka, wygląda tandetnie i tanio- zdecydowanie lepiej by było, gdyby nie było tam nic.


Przejdźmy teraz do tego, co mamy w środku. Zarówno konturówka, jak i pomadka prezentują się bardzo profesjonalnie, są dodatkowo zapakowane w plastikowy pojemniczek-moim zdaniem jest to na plus. 

Już robiąc swatche w drogerii zauważyłam, że w przypadku akurat tego koloru jest bardzo dobre przełożenie tego jak wygląda na żywo do tego jak prezentuje się na opakowaniu. Jednak trochę się przeraziłam, kiedy otworzyłam produkt w domu- kolor konturówki wydawał mi się kompletnie nietrafiony względem koloru pomadki. 


Na szczęście po nałożeniu obu produktów na usta okazało się, że stapiają się ze sobą i wyglądają razem wręcz idealnie. I teraz przejdziemy do recenzji samego produktu, zaczynając od konturówki. Wygląda jak zwykła szkolna kredka i szczerze mówiąc nawet pachnie tak jak ona. Wydawało mi się, że będzie bardzo twarda, bo na taką wygląda, jednak przeżyłam mega miłe zaskoczenie. To jak miękki jest ten produkt, i jak się rozprowadza na ustach to marzenie-jak masełko! Jednak mimo tego, ze jest tak miękka jest też bardzo trwała. Moim zdaniem jest to konturówka lepsza od sławnych produktów Golden Rose. Pomadka w płynie zawiera mały, ale bardzo wygodny i precyzyjny aplikator. Sama formuła pomadki przypomina mi bardzo formułę pomadek Long Lasting tej samej marki. Jest trwała ale nie jest to jakaś rewelacyjna trwałość. Powiedziałabym, że powyżej przeciętnej, ale bez szału. Jej dużym minusem jest to, że potrafi się ciastkować przy nakładaniu drugiej warstwy. Nosząc ją nie odczułam zbytniego wysuszenia ust, co bardzo ale to bardzo mi się podoba, zwłaszcza teraz jesienią, kiedy usta są dużo podatniejsze na uszkodzenia.



Co do koloru bardzo trudno mi go opisać, bo lekko różni się w zależności od światła co widzicie na wyżej zamieszczonych swatchach. Jednak nie da się ukryć, że z wyborem kolorów producenci trafili idealnie. Mimo, że mamy ich tylko 5 każdy znajdzie coś dla siebie. Podsumowując, uważam, że jest to produkt warty wypróbowania, łatwo dostępny i na każdą kieszeń, bo kosztuje raptem 20 zł, gdzie w cenie mamy i konturówkę i płynną pomadkę. Zdecydowanie polecam! 

Dawajcie znać, czy próbowałyście już tych pomadek i jak się Wam spisują. Pozdrawiam, buziaki! 

Ulubione kolory ust na jesień | Golden Rose

Ulubione kolory ust na jesień | Golden Rose


Cześć! Mamy połowę października, jesień w pełni, więc przychodzę dzisiaj do Was z postem typowo sezonowym. Tę porę roku uwielbiam głównie ze względu na kolory- w makijażu, modzie na dworze. Dzisiaj kilka moich propozycji, jeżeli chodzi o makijaż ust. Przegrzebałam swoją półkę w poszukiwaniu tych naprawdę ulubionych odcieni i wybrałam 6, które chciałabym Wam zaproponować.

Pomadek Golden Rose raczej nie trzeba Wam przedstawiać, myślę, że każda z nas ma przynajmniej jedną sztukę w domu, jeżeli nie to koniecznie spróbujcie, gwarantuję, że się nie zawiedziecie. 
Moja pierwsza propozycja to sławna swego czasu płynna pomadka GR w numerze 10. Kupiłam ją jakoś na wiosnę i mimo początkowego zachwytu kolor nie za bardzo przypadł mi do gustu. Wróciłam do niej jesienią i teraz jest idealna. Lepiej wygląda na mojej mniej już opalonej twarzy, w zestawieniu z bardziej brązowym makijażem oczu i ciemniejszymi ubraniami, a tak właśnie wyglądam na co dzień jesienią. 

Druga propozycja to kolor, który mam w swojej kolekcji od ok tygodnia i nie wyobrażam sobie, żeby mogło go zabraknąć. Piękne głębokie wino, w pełni matowe- cudo! Jeżeli chodzi o matową kredkę z GR jej kolor wypadł tu trochę pomarańczowo, głównie ze względu na zestawienie z ciemnym winem na górze. Jednak w rzeczywistości jest to żywa, ale w pełni matowa czerwień, z gatunku tych, które będą pasować większości typów urody i na każdą okazję. 

Przejdźmy teraz do konturówek, niektóre je lubią niektóre nie. Historia pierwszego koloru, który Wam proponuję jest dość ciekawa, bo jak pewnie zauważyłyście nie jest to kredka do ust tylko do oczu. Swego czasu miałam mega fazę na brązowe usta- szukałam odcienia idealnej czekolady, której nie mogłam nigdzie znaleźć. Jednak kiedy na stoisku Golden Rose szukałam mojej nudziakowej kredki do ust Emily przypadkowo natknęłam się na tę i od razu wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę. Na ustach wygląda przecudownie, piękny brąz z lekkim błyskiem- marzenie! 

Druga propozycja jest to chyba mój ulubiony kolor ze wszystkich. Idealny jesienny kolor, na granicy czerwieni i brązu. Bardzo podbija mój kolor oczu (niebieskie) i od kilku dni nie noszę niczego innego. Ostatnia kredka to znowu typowa czerwień, z gatunku tych ,,dla każdego". Jednak w przeciwieństwie matowej kredki o której mówiłam wyżej ta jest bardziej trwała i ma bardziej satynowe niż matowe wykończenie. 

Dawajcie znać, czy próbowałyście któryś z tych kolorów i jakie odcienie wy proponujecie na jesień :) 


Must have: jasna kredka do oczu- zastosowania i moje top 3

Must have: jasna kredka do oczu- zastosowania i moje top 3

Cześć! Pewnie większość z Was przynajmniej raz w życiu pomyślała, że fajnie byłoby mieć większe oczy. Istnieją różne triki na optyczne powiększenie oka i dzisiaj zajmę się jednym z nich, a mianowicie chcę przedstawić Wam genialny wynalazek jakim jest nudziakowa kredka do oczu.

Jeszcze nie tak dawno, kiedy słyszałam określenie ,,kredka do oczu" przychodziła mi na myśl wyłącznie kredka w czarnym kolorze, która szczerze mówiąc na moim oku nigdy nie wygląda dobrze, mimo, że moje oczy nie należą do najmniejszych. Za to jestem absolutną fanką jasnych, nudowych wersji, które mają mega dużo zastosowań i dzisiaj przedstawię Wam kilka z nich.

Jeżeli chodzi o makijaż oka, jego optyczne powiększenie, bardzo popularną metodą jest nałożenie jasnej kredki na linię wodną oka. Oko wydaje się automatycznie bardziej otwarte, spojrzenie staje się świeższe. Trik ten jest stosowany przez wiele makijażystów gwiazd, przez co jest coraz popularniejszy w naszym codziennym makijażu. Jeżeli o mnie chodzi jest to krok, którego nie pomijam nigdy.

Drugą fajną sprawą, jest nałożenie jasnej kredki pod łuk brwiowy. Da nam to zarówno efekt idealnego łuku brwi, ale również otworzy oko, podniesie je. Bardzo świeży i naturalny efekt daje też rozświetlenie jasną kredką wewnętrznego kącika oka.



Jasna kredka, może być też bardzo pomocna, jeżeli chodzi o makijaż ust. Ze względu na swój kolor może służyć jako konturówka do każdej pomadki. Poza tym, podkreślenie dolnej wargi i łuku kupidyna nudową kredką optycznie powiększy nam usta.

To było kilka moich ulubionych zastosowań jasnej kredki, mimo, że jest ich oczywiście dużo więcej. Jeżeli któraś z Was jest tym tematem szerzej zainteresowana, polecam poszukać na YouTube- dziewczyny wymyślają tam dla tej kredki tak genialne zastosowania, że aż ciężko uwierzyć, że tak małym kosmetykiem można wykonać tyle rzeczy :) Teraz chciałabym Wam przedstawić kilka nudowych kredek, które używam najczęściej. Będzie to moje top 3, najlepsze z najlepszych.

1. Lovely - Nude Eye Pencil

Ma najjaśniejszy kolor ze wszystkich trzech, jest to kolor kremowy wpadający w biel. Daje mocny, ale naturalny efekt. Malowanie nią linie wodnej jest bardzo przyjemne, ponieważ ma idealną konsystencję. Nie jest ani za miękka, dzięki czemu nie osiada między rzęsami, ani za twarda, przez co nie mamy wrażenia, że malujemy oko kawałkiem drewna. Jej minusem jest to, że ze wszystkich trzech ma najmniejszą trwałość. Jej koszt to niecałe 7 zł, dostępna w Rossmannie.

2. Golden Rose - Emily Waterproof Eye Pencil nr 122. Najbardziej nudowa ze wszystkich, jej kolor delikatnie wpada w róż, przez co na oku daje bardzo delikatny efekt. Będzie idealna dla tych z Was, które mają ciemniejszą karnację. Jest trochę tępa w użyciu, najtwardsza z całej trójki, aby uzyskać w miarę widoczny efekt, trzeba się namachać trochę więcej niż w przypadku tej z Lovely. Jednak jej absolutną zaletą jest trwałość. Na linii wodnej oka, gdzie większość kosmetyków potrafi zniknąć (dosłownie :) ) w mgnieniu oka ma to ogromne znaczenie. Kosztuje niecałe 6 zł.

3. Paese - Eye Pencil nr 06 Golden ecru. Moja faworytka, to już moja któraś sztuka z kolei, zawsze będę do niej wracać, Ma najbardziej kremowy kolor ze wszystkich, idealnie się rozprowadza, jest idealnie miękka, automatycznie odświeża oko i ma zadowalającą trwałość. Nie potrafię mówić o niej obiektywnie bo mnie osobiście ona zachwyca i zabieram ją ze sobą zawsze i wszędzie i polecam każdemu, więc Wam również. Jej minusem, może być słabsza dostępność niż w przypadku poprzedniej dwójki, Kosztuje 12 zł.


1. Paese
2. Golden Rose
3.Lovely



Cera sucha i wrażliwa- jak sobie z nią radzić?

Jeżeli Twoja cera ma skłonności do zaczerwienień, jest bardzo podatna na podrażnienia np. podczas stosowania silniej myjących kosmetyków lub peelingów, a oprócz tego daleko jej do gładkiej to oznaki tego, że podobnie jak ja jesteś nieszczęśliwą posiadaczką cery suchej. Zapewne te z Was, które mają cerę tłustą powiedzą, że pielęgnacja cery tłustej jest dużo bardziej pracochłonna i wymaga więcej uwagi. Owszem, w przypadku cery tłustej występują aspekty takie jak świecenie twarzy, mniejsza trwałość makijażu itp. Jednak zarówno cera tłusta jak i sucha wymagają od swoich posiadaczek troski, tylko każda z nich potrzebuje czego innego.

Zacznijmy może od tego, co szkodzi cerze suchej. Jak sama nazwa wskazuje jest ona bardzo podatna na wysuszenia i odwodnienia- może być to spowodowane zbyt wysokimi lub zbyt niskimi temperaturami (najgorsze dla cery suchej są srogie, zimowe mrozy), długim przebywaniem w klimatyzowanym pomieszczeniu a przede wszystkim nieodpowiednią pielęgnacją.

Zaniedbanie potrzeb skóry suchej grozi takimi konsekwencjami jak utrata jędrności i naturalnego blasku (skóra przyjmuje niezdrowy odcień), łuszczeniem niektórych partii skóry, szybszym pojawianiem się zmarszczek. Zwykły krem nawilżający da naszej skórze dużo, ale nie możemy opierać swojej pielęgnacji tylko na nim.

Jak więc postępować ze skórą suchą? Przedstawię Wam teraz 5 łatwych kroków i gwarantuję, że jeżeli wprowadzicie je w życie Wasza cera Wam za to podziękuje.

1. Przede wszystkim zainwestuj w dobry krem nawilżający. Musisz znaleźć taki, który naprawdę w zauważalny sposób będzie nawilżał Twoją skórę i sprawiał, że staje się bardziej miękka. Może to być zarówno krem drogeryjny, jak i apteczny. W moim przypadku dobrze sprawdzają się kremy z ekstraktem z rumianku.

2. Pielęgnuj skórę olejkami. Od jakiś 6 miesięcy przynajmniej 3 razy w tygodniu staram się nakładać na twarz olejki (polecam te z Evree). Od niedawna stosuję do demakijażu olej kokosowy i zauważyłam poprawę kondycji mojej skóry.

3. Stosuj kosmetyki odpowiednie dla skóry suchej. Nie męcz jej ciężkimi, matującymi podkładami czy silnie myjącymi kosmetykami. Z tym rodzajem skóry trzeba postępować delikatnie, dlatego zrezygnuj ze zbyt częstych peelingów, które mogą bardzo pogorszyć stan Twojej skóry.

4. Zadbaj o skórę wokół oczu. Wcześniej wspominałam, że osoby z cerą suchą zauważą pierwsze zmarszczki znacznie szybciej niż osoby z cerą normalną czy tłustą. Dlatego właśnie warto zadbać o ten obszar, gdzie pojawiają się zmarszczki mimiczne. Znajdź dobry dla Ciebie krem pod oczy, możesz go stosować tak jak krem do reszty twarzy, zarówno na dzień i na noc. Ważne, żeby był dostosowany do Twojego wieku.

5. Pij dużo wody. Nic tak nie poprawi stanu nawodnienia organizmu jak picie dużej ilości wody, prawda? :) Jeżeli Twoja skóra będzie dobrze nawilżona od wewnątrz, automatycznie będzie wyglądała lepiej na zewnątrz.




To tyle, jeżeli chodzi o moje rady na temat pielęgnacji skóry suchej. Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogę niejednej z Was bo przyznam szczerze, że spodobało mi się robienie tego rodzaju postów, bardziej ,,artykułów" niż recenzji kosmetyków, więc prawdopodobnie będzie ich więcej. Jeżeli macie jakieś swoje sprawdzone sposoby, jak radzić sobie ze skórą suchą, podzielcie się nimi w komentarzach, mogą się przydać i mi i innym dziewczynom. Buziaki!
Ulubieńcy września :)

Ulubieńcy września :)

Hej! Dzisiaj przychodzę do Was z postem, którego u mnie na blogu jeszcze nie było. Zdecydowałam, że co jakiś czas będę robić wpisy z faworytami miesiąca, a we wrześniu było kilka perełek, które warto jest pokazać.

Na ostatnim miejscu mojej dzisiejszej listy jest produkt z pielęgnacji, który już w sklepie pokochałam za sam zapach. Mowa tu o peelingu do ciała tutti frutti z firmy Farmona. Jest to już moje drugie opakowanie, które niestety mi się kończy. Na szczęście peeling jest mega łatwo dostępny (możecie go kupić w Biedronce, Naturze, Rossmannie, Hebe po prostu WSZĘDZIE), a przy tym tani- ok 10 zł. Peeling sprawuje się zdecydowanie na piątkę. Skóra jest po nim gładka i miękka, nawilżona a przede wszystkim nie jest podrażniona, z czym miałam problem przy innych tego typu produktach. Poza tym zostawia ją przyjemnie pachnącą- dostępny jest w tak szerokiej gamie zapachowej, że każdy znajdzie coś dla siebie.


Kolejnym ulubieńcem jest również produkt z pielęgnacji, o którym już kiedyś wspominałam, przy okazji posta o codziennej pielęgnacji twarzy  klik . Wtedy jednak byłam w fazie jej testów, a teraz mogę powiedzieć o niej coś więcej. Mówię o maseczce z zieloną glinką z serii Ziaja Nuno. Na początku jej używania byłam z niej zadowolona, ale nie dawała żadnych rewelacyjnych efektów, więc odłożyłam ją na rzecz innej. Jednak jakoś w połowie września miałam bardzo duży wysyp na twarzy- nie mam do tej pory pojęcia czym mogło to byś spowodowane. Wtedy wróciłam do tej maski i okazało się, że ma świetne właściwości oczyszczające. Co tu się dużo rozwodzić- kocham ją. 

We wrześniu postanowiłam też, że przekonam się z powrotem do kremów bb i odłożę na bok ciężkie podkłady. Ekspedientka w Hebe poleciła mi krem bb z serii Bell Hypoallergenic. 


Krem ma piękny jasny kolor (dla bladziochów to bardzo ważne) i pod żadnym pozorem nie wpada w różowe tony. Jeżeli chodzi o dopasowanie do cery to myślę, że każda z Was coś sobie znajdzie bo jest dostępny w naprawdę dużej, jak na produkty tego typu, gamie kolorystycznej. Nie jest to podkład mocno kryjący, jednak pięknie wyrównuje koloryt cery, stapia się z nią i naprawdę wygląda tak, jakbyśmy nie miały na twarzy nic poza własną skórą. Oprócz tego bardzo dobrze przyjmuje inne produkty, takie jak bronzer, róż czy rozświetlacz i jest zaskakująco długotrwały. 



Dzisiejsze zestawienie zamyka absolutny faworyt września. Paletkę Neutral Shadows z Wibo kupiłam jeszcze przed wakacjami, w okresie promocji w Rossmannie klik . Jest ona moim zdaniem bardzo dobra, jednak nie chcę dzisiaj mówić o całej tej paletce, tylko o kilku konkretnych odcieniach, które się w niej znajdują. 


Nazwy cieni od góry:
1. magic touch
2. naked look
3. most wanted
4. sparkling nude
5. bitter chocolate

Kocham te cienie za ich pigmentację i błysk jaki dają na oku. Natomiast ten matowy beż jest idealny jako baza do podbicia koloru na powiece i rozświetlania łuku brwiowego. Rzadko spotyka się tak neutralny kolor beżu, który nie będzie wyglądał karykaturalnie. Moje wrześniowe makijaże składały się w 90% z tych 5 cieni. 


A jakie produkty podbiły w tym miesiącu Wasze serca? Polecajcie! 
Perła w pielęgnacji włosów- dwufazowy eliksir Loreal

Perła w pielęgnacji włosów- dwufazowy eliksir Loreal

Hej wszystkim! Dzisiaj przychodzę do Was z postem o czymś, co przebojem wdarło się na nasz rynek. Jak wiecie już z tytułu mowa o dwufazowym eliksirze od Loreal. Jak tylko zobaczyłam zapowiedzi tego kosmetyku, których mnóstwo było np. u vlogerek na YouTube, chciałam go wypróbować. Postanowiłam jednak chwilę odczekać, rozeznać się w opiniach, żeby zobaczyć czy szum zrobiony wokół niego był słuszny czy to tylko jedna wielka kampania promocyjna.


Eliksir dostępny jest w trzech rodzajach i długo wahałam się, który wybrać dla siebie, ponieważ każdy z nich ma coś, co przydałoby się moim włosom. W końcu jednak zdecydowałam się na wersję Total Repair 5 i myślę, że był to bardzo dobry wybór. Dedykowany jest on włosom zniszczonym, moje nie są w bardzo złej kondycji ale obietnice jakie producent wiąże z tym konkretnym eliksirem wydały mi się najbardziej obiecujące. Ma on nam zapewnić scalenie rozdwojonych końcówek, ochronę przed puszeniem oraz widoczną poprawę w wyglądzie i kondycji włosów. Czy ten eliksir spełnia te obietnice? 

Myślę, że najwięcej kontrowersji wzbudzi tu obietnica scalenia rozdwojonych końcówek. Nie oszukujmy się. Jeżeli Twoje końcówki są w bardzo kiepskim stanie żaden kosmetyk magicznie ci ich nie sklei. Jednak jeśli rozdwojone końcówki na Twoich włosach zdarzają się sporadycznie (tak jak u mnie) zobaczysz różnicę w ich wyglądzie. 

Posiadam włosy gęste i falowane ale dość cienkie, a co za tym idzie mają ogromną tendencję do puszenia się, zwłaszcza na wilgotnym powietrzu. Ostatnimi czasy pogoda nie dopisywała, więc warunki były idealne, aby przetestować eliksir. Test wypadł w 100% pozytywnie. Włosy były cały czas tam, gdzie kazałam im być wychodząc z domu i nie miałam na głowie przysłowiowego gniazda. 

Jednak tym, co urzekło mnie najbardziej w tym kosmetyku jest fakt, jak wizualnie polepsza wygląd włosów. Oprócz tego, że stają się lekko grubsze i miękkie zyskują też blask i stają się bardo lejące. Fajnym aspektem jest też zapach- kojarzy mi się z profesjonalnym salonem fryzjerskim i długo utrzymuje na włosach.


Podoba mi się również forma aplikacji. Wystarczy spryskać włosy (zarówno na sucho jak i mokro!) i je rozczesać. Efekt jest natychmiastowy. Ważne jest jednak, żeby pamiętać, że jest to kosmetyk dwufazowy, więc należy go wstrząsnąć przed użyciem. Tworzy on wtedy jednolity płyn, gotowy aby nałożyć go na włosy.


Mimo, że akurat ta wersja produktu wydaje się najcięższa, nie obciąża on włosów, nie powoduje przetłuszczania. Włosy spryskane na sucho rozczesują się łatwiej i nie plączą. Ciężko jest z nim przesadzić, mi osobiście jeszcze się nie zdarzyło, chociaż psikając nie żałuję sobie ;) 

Podsumowując: 
-spełnienie obietnic producenta
-widoczna poprawa wyglądu włosów
-dobra cena (16 zł w Rossmannie) i dostępność
-nie obciąża włosów
-bardzo wydajny 

Jest to mój absolutny must have w pielęgnacji włosów i nie wyobrażam sobie swojej kosmetyczki bez niego. Na 100% wypróbuję pozostałe dwie wersje eliksiru i dam Wam znać co o nim myślę. Polecam go każdej z Was- za tę cenę naprawdę warto wypróbować. 

Dawajcie znać w komentarzach, czy miałyście już do czynienia z eliksirami i jak Wam się sprawowały. Buziaki! :*



Wibo 3 Steps To Perfect Face

Wibo 3 Steps To Perfect Face

Jakiś czas temu, kilka tygodni po wielkich Rossmannowych wyprzedażach udało mi się zakupić coś na cz polowałam już od dłuższego czasu. Rzadko kiedy zdarza się, żeby jakiś kosmetyk powodował u mnie tak silne palpitacje serca, naprawdę. Ale dorwałam go i mogę się z Wami podzielić moją opinią na jego temat. 

Jak widzicie po zdjęciu moja paletka jest już trochę wyświechtana, jednak mimo wszystko prezentuje się wspaniale. Ogólnie uważam, że ostatnimi czasy firma Wibo robi świetną robotę jeżeli chodzi o formę pakowania i prezentacji kosmetyków. 

Moim zdecydowanym faworytem w tym trio jest rozświetlacz o pięknym złotym odcieniu, idealnym wręcz na lato, kiedy moja twarz jest opalona. Dodaje skórze niesamowitej świeżości i blasku, sprawiając, że wygląda na wypoczętą i młodszą.
Róż w tym zestawieniu nie jest płaskim matowym różem- pięknie opalizuje, mieni się. Ponownie uważam, że jest idealny na lato, dodaje mega dziewczęcego uroku, ale ostrzegam, że dość łatwo z nim przesadzić.
Najsłabszym z rodzeństwa jest moim zdaniem bronzer. Możliwe, że moja opinia wiąże się z tym, że dość rzadko używam bronzerów. Jest to najsłabiej napigmentowana część paletki. Dość dziwne wydaje mi się to, że producent na opakowaniu określa ten bronzer jako puder na całą twarz. Moim zdaniem nie bardzo się do tego nadaje, jest po prostu za ciemny.

Paletka wyróżnia się spośród innych tego typu produktów nie tylko ceną i tym jak pięknie się prezentuje. Jest to również bardzo dobrze napigmentowana i kolorystycznie przemyślana paletka jaką posiadam. 


Kosztuje ok. 20 zł, dostępna w każdym Rossmanie. Uważam, że koniecznie musicie jej wypróbować. Ja się naszukałam i nie żałuję, kocham ją! 



Copyright © 2014 Slavic Girl , Blogger